RSS
środa, 29 lutego 2012

Dzisiaj wyszłyśmy ze szpitala. Mama troszkę obawia się czy da radę się mną zaopiekować. W końcu będę mogła nacieszyć się tatą, w szpitalu niestety nie mógł wchodzić do sali, w której leżałam z mamą. Poznałam w końcu te dwa psiaki, które do tej pory jedynie słyszałam będąc w brzuszku. Są w porządku, Kulaś wykorzystuje każdą nadarzającą się okazję, żeby być bliżej mnie. Jestem cały czas przez niego obwąchiwana. Za to ten mniejszy piesek, Zuza, nie jest mną specjalnie zainteresowany.

Wieczorem poznałam moich drugich dziadków -Anię i Włodka. Od razu ich polubiłam.

23:27, mszarwark
Link Dodaj komentarz »

 

No i jestem. Mam na imię Gabrysia, ważę 2800 g. i mam 54 cm wzrostu, jestem zdrową i fajną dziewczynką, która na starcie dostała 10-tkę w skali Apgar. Urodziłam się szybciutko i bez żadnych powikłań. Poród trwał niewiele ponad 2 godziny,. Położono mnie na brzuszku u mamy( tak przynajmniej nazywają tą kobietę, mówią jeszcze do niej Monika), po chwili zabrali mnie na mierzenie, ważenie i inne jakieś tam badania. Rodzice cały czas się we mnie wpatrują jakby chcieli przez to lepiej mnie poznać. Później zostałam opatulona w rożek i podana mamie do karmienia. Muszę pochwalić się, że umiem bardzo ładnie jeść. Po mniej więcej godzince zabrała nas jakaś pani na górę do innej sali. Jestem bardzo zmęczona po porodzie…

Martwię się troszkę o mamę, w nocy nie przespała się nawet na chwilkę, cały czas się we mnie wpatrywała, około 10 tata przyszedł nas odwiedzić, a koło 16 dziadkowie Bożenka i Jacek. Nie byłam za bardzo kontaktowa, w przeciwieństwie do mojej mamy musiałam odespać trudy porodu, całą noc i dzień przespałam z drobnymi przerwami na karmienie. Mama martwiła się, że nie można mnie dobudzić na cyca, wszyscy dookoła powtarzali jej, że powinna mnie karmić co trzy, cztery godziny. Przez pierwszą dobę dałam się poznać jako aniołek, na drugą pokazałam różki. Mama była bardzo zmęczona nocą z piątku na sobotę, gdy chciała się w końcu przespać to ja zaczęłam się awanturować. Musiałam troszkę popłakać nad swoim ciężkim losem - w brzuszku było cicho, spokojnie i bezpiecznie. A tutaj to niewiadomo czego można się spodziewać. Na szczęście dałam za wygraną około 2 nad ranem, no i mama na chwilkę się zdrzemnęła.

23:03, mszarwark
Link Dodaj komentarz »

 

Siedzimy z Piotrkiem na kanapie i wlepiamy się w szklany, a raczej ciekłokrystaliczny ekran TV. Akurat na TVN idzie powtórka kuchennych rewolucji w wykonaniu Magdy Gessler. Naszą sielankę zakłuca odejście wód płodowych. No to zaczęło się… Staram się nie denerwować tym, że za chwil kilka będę mogła skonfrontować te wszystkie przerażające opowieści okołoporodowe z rzeczywistością. Pocieszam się, że kobiety mają różny próg bólu. Pozostaje mi mieć nadzieję, że nie będzie tak źle. Próbuję żartować, Piotrek też nie daje po sobie poznać, że stres daje o sobie znać. W drodze do szpitala zaczynam mieć delikatne skurcze, ale ich częstotliwość jest niepokojąca, mam je co 3 minuty. W szpitalu dowiaduję się, że mam już 4 cm, trafiam na salę porodową. Są w niej 3 łóżka oddzielone od siebie kotarami, na jednym z nich jest już jakaś kobitka. Położna tak na oko stwierdza, że to pewno potrwa kilka dobrych godzin, więc mąż niech sobie pojedzie do domu wyspać się. Na szczęście niczego takiego nie uczynił… Zostaje podłączona do KTG, położna, która mnie dogląda mówi, że skurcze nie są regularne. Nie wiem co pokazała a rczej co zapisała ta diabelska maszyna, ale wiedziałam jedno - skurcze, które miałam na pewno świadczyły o bardzo bliskim porodzie. Zaczyna mnie boleć coraz bardziej, dochodzi do tego, że podczas skurczu nie mogę oddychać, położna tłumaczy mi, że mam oddychać przeponą. Teoretycznie wszystko rozumiem, ale w praktyce ciężko jest to wszystko ogarnąć. Nagle pojawiają się skurcze parte - po pewnym czasie przechodzę na specjalny fotel porodowy. Nie mam zamiaru ukrywać - nie potrafię o niczym innym myśleć niż o bólu, strasznym bólu. Mam wrażenie, że mogłabym jeszcze troszkę mocniej przeć, ale boję się, że mnie rozerwie… W końcu udaje się... O godzinie 1.30 13( w piątek) stycznia 2012 roku przychodzi na świat nasza córeczka.

22:51, mszarwark
Link Dodaj komentarz »

No i dotrwałam do roku 2012 w stanie 2 w 1, zrobiłam psikusa tym wszystkim ginekologom - położnikom, którzy wieścili rychły koniec mej ciąży w 30 a później w 34 tygodniu. Ciesze się, bo jestem już w 37 tygodniu i gdyby teraz Gabi urodziła się to na pewno byłoby z nią wszystko ok - to już czas. Szczerze mówiąc to jestem już zmęczona tym ciągłym leżeniem do góry brzuchem - wiem, że podyktowane było to ochroną małej i ciesze się, że dało to zamierzony efekt. Teraz gdy już nie ma zagrożenia porodem przedwczesnym mogę robić co mi się żywnie podoba. Tylko pytam się jak??? Jestem kompletnie bez sił, no bo jak tu być w formie skoro przez ostatnie 2 miesiące jedynym moim sportem był spacer do toalety i z powrotem. Jestm już tak duża, że zastanawiam się czy któregoś dnia nie zaklinuję się w drzwiach.

21:59, mszarwark
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 lutego 2012

 

 

Mam wieczorem skurcze, dość regularne, co 15 minut, dzwonię do Piotrka by szybko wracał do domu. Jedziemy do szpitala na Sterlinga, tam okazuje się, że mam rozwarcie na 3cm, bardzo krótką szyjkę, niestety nie mają miejsca, żeby mnie przyjąć, poza tym to jest dość wczesna ciąża, więc znów ICZM. Na samą myśl szlak mnie trafia… Szczęśliwie nie czuję już skurczy. Na Izbie Przyjęć kolejne badanie – tym razem trafia się normalny lekarz, trafiam na oddział Kilinki Medycyny Matczyno-Płodowej i Ginekologii. Trafiłam do Sali z dwiema dziewczynami, zdążyłam się rozpakować i coś tam zagaić i nagle szok – przychodzi położna i mówi, że tak naprawdę to miałam trafić na salę przedporodową. Zjeżdżam windą na sam dół szpitala, okazuje się, że tam muszę kolejne badanie przejść, przy okazji pobierają mi wymaz pod kątem GBS. Najbardziej przerażające było zakładanie welflonu przez studentkę położnictwa – trwało to 5 minut a ból nie dawał się wytrzymać. Rozumiem, że studentki muszą się gdzieś uczyć, ale dlaczego na mnie? I to w takiej chwili? Poszłam jeszcze na badanie USG – dzidzia waży koło 1600 g., wszystko jest ok. Trafiam w końca gdzieś tak koło 2 w nocy na salę przedporodową, jest ogromna – na 8 osób – dostaję od razu kroplówkę z fenoterolem, na szczęście nie mam już żadnego kołatania – chyba zdążyłam się uodpornić.

 

13:46, mszarwark
Link Dodaj komentarz »

 

 

Dzisiaj wychodzę ze szpitala z przykazaniem leżenia do góry brzuchem. Wiem, że każdy dzień, tydzień jest na wagę złota. Z plikiem recept opuszczam znienawidzony szpital.

 

13:45, mszarwark
Link Dodaj komentarz »

 

 

Po badaniu ginekologicznym dowiaduję się, że nie jest dobrze, lekarz mówi wprost „ciąża wisi na włosku”. Jak powtórzę to później Piotrkowi to napłynę mu łzy do oczu. Jest ciężko… Mam bezwzględny nakaz leżenia – nawet po posiłki nie chodzę, co jest dużym problemem dla salowych. Codziennie pytają się czy na pewno aby nie mogę chodzić po jedzenie. Kurcze, żebym musiała się tłumaczyć ze swojej choroby, to już naprawdę jest poniżające. Już cały ten szpital działa mi strasznie na nerwy. Zastanawiam się po co są tutaj obchody lekarskie. Owszem jest pytanie -jak się czujesz?, tylko , że pod koniec tego pytania widzisz już tylko tyłek lekarza. O wszystko trzeba się dopytywać i liczyć na to, że łaskawie uzyska się odpowiedź. Żenada...

 

 

Mała waży około 1650g., jest już całkiem duża J , najważniejsze, że kolejne badanie pokazało, że wszystko jest ok.

 

Dzisiaj usłyszałam dosyć przykrą historię – Magda mówiła, że ktoś od niej z rodziny rodził niedawno w Matce Polce, dziecko było zdrowe, dostało 10 w skali Apgar, niestety wdała się sepsa i inne paskudztwa – dziecko zmarło. Przyczyną tej tragedii było ponoć nosicielstwo bakterii potocznie zwanej GBS przez matkę. Obiecałam sobie, że zrobię to badanie.

 

12:38, mszarwark
Link Dodaj komentarz »

 

 

 

Po rozmowie z Moniką przestraszyłam się jeszcze mocniej. Mówiła, że jej koleżanka mimo odpoczynku dalej się „rozwierała”. Więc długo nie myśląc stwierdziłam, że nie będę czekała jeszcze 3 tygodni do następnej wizyty, ale podjadę do szpitala( gdzie pracuje mój gin), żeby sprawdzili, że wszystko ok. Troszkę nakłamałam, że mam pobolewania. Wdrapałam się na fotel i słyszę, że nie jest za dobrze. Szyjka krótka i rozwarcie na 2 cm – ledwo zeszłam z fotela…Rozpoznanie – zagrożenie porodem przedwczesnym. Lekarz uspakaja mnie, że prawdopodobnie można to wszystko jeszcze zatrzymać, że to nie musi skończyć się porodem. Ze względu na wczesną ciążę, 30 tydzień, muszę pojechać do szpitala ICZMP. To właśnie tam mają specjalistyczną aparaturę dla wcześniaków – gdyby nie daj Boże coś się zadziało zajmą się maluszkiem. Na Izbie Przyjęć nikt specjalnie nie przejmuje się moim problemem, widać, że to dla nich chleb powszedni. Najbardziej irytuje mnie lekarka, która mnie bada – nie rozumie dlaczego nie zostałam w Rydygierze, że nie powinni mnie tutaj w Matce Polce przyjmować, widać, że te dwa szpitale maja jakiś konflikt. Pani doktor robi mi ogromną łaskę, że zostaję przyjęta. Jadę na oddział perinatologii i ginekologii- robią mi pierwsze badanie KTG, pobierają krew, zakładają kroplówkę z fenoterolem, po którym serce chce wyskoczyć z piersi. Na sali ze mną jest Magda po cesarce, ledwo się rusza, widać że cierpi. Okazuje się bardzo sympatyczna.

 

12:38, mszarwark
Link Dodaj komentarz »

 

Ginekolog powiedział, że muszę na siebie uważać, polegiwać, nie forsować się. Zaniepokoiła go skracająca się szyjka macicy i rozwarcie na opuszek palca. Przykazał branie luteiny. Szczerze mówiąc to nastraszyłam się nie na żarty, przecież to dopiero 29 tydzień…

 

12:36, mszarwark
Link Dodaj komentarz »